Przeżywam kompletnie załamanie, w zasadzie życiowe. Długo zastanawiałam się czy powinnam o tym pisać na blogu, w końcu czytają to jedynie moi znajomi i rodzina :P Ale uznałam, że napisze.
Kryzys macierzyński dopada mnie co jakiś czas. Mój syn do diabełek, a ja nerwus. Nie jesteśmy idealną "parą" do współpracy. Czasami myślę, że tylko ja jestem złą matką, bo krzyczę na dziecko gdy mam gorsze dni. "Co musza myśleć sąsiedzi?". Krzyczę na niego, a potem jest mi tak głupio. Najgorzej przed samą sobą.... Myślałam, że to PMS, ale miesiączka dawno za mną a ja ciągle chodzę wściekła. Postanowiłam się wyluzować - słuchając muzyki. Fakt relaksuje mnie to, ale przychodzi stresująca sytuacja - jak płacz Kuby - a ja od razu się denerwuję. Może ćwiczenia? Dłuższe spacery? Sen w ciągu dnia? Nic nie pomogło. Ciągle buzuje we mnie dużo negatywnej energii. Wczoraj wieczorem wyszłam pobiegać, dziś też mam zamiar iść może na dłuższa metę przyniesie to jakiś rezultat - oczyszczenia. Dużo ulgi przynosiła mi Joga, ale mam wrażenie, że wkurza mnie sama myśl możliwości bycia spokojnym. Wiem brzmi to jak jakiś pieprzony paradoks. Całe życie byłam nabuzowana negatywnymi emocjami i nikt niestety nie nauczył mnie radzenia sobie z nimi. Więc kiedy przychodzi sytuacja czegoś co mi pomaga podświadomie unikam tego, bo to inny schemat niż miałam dotychczas. Taa, przyszła Pani Psycholog radzi jak żyć, a sama tego nie potrafi. Niestety najłatwiej jest radzić sobie z problemami innych ludzi. Potrzebuje po prostu porządnego kopa w dupę. Chciałabym już iść do pracy to by dużo zmieniło, skończyłby się stres związany z finansami i mogłabym odsapnąć od syna, spełniać się zawodowo.
Ja wiem, że mi się uda, dużo już osiągnęłam jeśli chodzi o zmianę siebie. Tak szybkiej zmiany się nie spodziewałam. Kiedyś byłam strasznie uległa, wchodziłam w role ofiary, nie byłam do końca asertywna, ale zawsze czułam, że to nie ja. Od kiedy chodzę na terapie wiele się zmieniło. Potrafię sama się obronić - nie mówię tu o obronie przed głupimi blacharami pod monopolem ( to by mi się raczej nie udało :D ). Zaczynam zauważać, że jestem wartościowa, silna, pewna siebie. Czasami są takie dni jak dziś, że uważam, że nic mi się nie uda. Pierwsza wielką zmianę zauważyłam podczas kłótni z mężem, zamiast być ofiarą, której przykro i pcha się do "oprawcy" byłam na prawdę na niego zła. Nigdy nie czułam takiego czegoś, takiego focha małego. Zawsze była we mnie "mała dziewczynka", która nie chce być dorosła. Ale przyszedł czas pożegnać się z nią. Jestem dorosłą Olą :) Drugi raz kiedy uświadomiłam sobie swoją zmianę, był podczas oglądania "erotycznego filmu" - napisałam to w ten sposób bo wg mnie mało w nim miłej dla oka erotyki - "Gorzkie Gody". Dużo tam scen, gdy kobieta błaga o miłość, o bycie przy jego boku. Kiedyś też tak robiłam... Teraz gdy na nią popatrzyłam było mi jej żal, ale nie w taki sam sposób jak dawniej, żal, że jest taka słaba i beznadziejna....


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz